Mój koniec wojny


W mojej świadomości koniec wojny następował etapami. Najważniejszy był dzień 27 stycznia ’45, gdy z mojego miasta uciekli Niemcy i wkroczyli (nie „wjechali”, tylko właśnie „wkroczyli”) Rosjanie. Wtedy wydarzyło się coś istotnego, wtedy zmienił się otaczający mnie świat. Pierwsze wrażenia? Tłum ludzi stojących w milczeniu na chodnikach i maszerujące też w milczeniu i ciszy (bo w „walonkach”) kolumny rosyjskiej piechoty. Cisza, niepewność co dalej, jak się zwycięzcy zachowają? Gdzieś, w głębi ulicy, z jakiegoś budynku zwisa czerwona flaga. Jeszcze znać na niej niewypłowiałe kółko po odprutej swastyce. Po paru godzinach, a może następnego dnia, nawiązuje się jednak przyjażń polsko-radziecka: zaczyna się rabunek „poniemieckiego” mienia. Rabują równo Rosjanie i Polacy. Sklepy, magazyny, byłe koszary niemieckiej policji… to tylko to, co widziały moje oczy. Natura nie lubi próżni! O tym prawie fizyki dowiedziałem się później, ale wtedy miałem lekcję poglądową. Gdy nie ma żadnej władzy, wtedy do głosu dochodzą złodziejskie instynkty porządnych na codzień ludzi.

Po paru dniach sytuacja się normuje: już nie ma czego rabować, każdy złapał, co mógł, nowa władza zaczyna działać, życie wraca do normy. Zaczynają funkcjonować szkoły, więc wojenne „wakacje” się skończyły. Trzeba wracać do szkolnej ławy. Za płotem szkolnego boiska ulokowała się rosyjska bateria przeciwlotnicza. Obserwujemy się wzajemnie, ale kontaktów żadnych. W gazetach codzienne komunikaty z frontu. Na dużej mapie Europy zaznaczam kolejne zdobyte miasta. Emocja, oczekiwanie na szybki koniec.

Ranek, 9 maja. Siedzę sobie w szkolnej ławie, a tu nagle zatrzęsły się szyby w oknach! „Nasza” bateria zza płotu otworzyła gwałtowny ogień. Nalot? Nie, to czerwonoarmiści świętują jakieś nowe zwycięstwo. Przecież parę dni wcześniej podobna kanonada obwieściła nam zdobycie Berlina! Wkrótce przychodzi wyjaśnienie: to nie jakieś zdobyte miasto, lecz koniec wojny!

Jednym z pierwszych moich pytań skierowanych do rodziców było: „a o czym teraz będą pisać gazety?” Przecież ich głównym tematem, odkąd nauczyłem się czytać, były komunikaty wojenne! Więc teraz, jak wszystko już się dokonało, to o czym pisać? Lecz na poważnie: o czym wtedy myślałem, jakie myśli krążyły mi po głowie?

Moja dziecięca świadomość kształtowała się w warunkach okupacji. Wiedziałem, co znaczy być „synem podbitego narodu”. Wiedziałem, że dla nas nie tylko słuchanie radia, ale nawet nauka jest przestępstwem. Wiedziałem, co to wysiedlania, kiedy o świcie, w 15 minut, trzeba opuścić swoje mieszkanie. Wiedziałem, co to segregacja rasowa: musiałem czytać tabliczki „Nur fur Deutsche”, „Nur fur Polen”, a wcześniej jeszcze „Nur fur Jude” i stosować się do nich. Wiedziałem, co to antysemityzm. Patrzyłem własnymi oczyma na tworzenie i likwidację Getta, słyszałem strzały i krzyk ludzi ładowanych do wagonów, których przeznaczenie było znane: Oświęcim był wszak 40 kilometrów od mojego miasta. Więc gdy obwieszczono koniec wojny, to z całą żarliwością swej dziecięcej naiwności wierzyłem, że to wszystko przeminęlo, przepadło na wieki i już nigdy nie wróci. Że ludzie nauczeni tym strasznym doświadczeniem już nigdy nie będą zabijać innych. Że już nikt nigdy nie ośmieli się być nacjonalistą, rasistą, antysemitą, (komunizmu jeszcze nie zdążyłem poznać), bo te pojęcia zostały naznaczone piętnem zbrodni tak wielkiej, że nikt w Europie, a szczególnie w Polsce, nie będzie mógł myśleć tymi kategoriami, nie narażając się na powszechne potępienie i pogardę otoczenia. Tak myślałem, bo byłem jeszcze dzieckiem. Takim naiwnym dzieckiem….

1 komentarz do “Mój koniec wojny

  1. W różnych oficjalnych wypowiedziach w PRL wspominało jak to ludność entuzjastycznie witała wkraczających żołnierzy. Moja matka opowiadała, że na ulicach ludzie zamarli. Wojsko, podobne do Mongołów, przechodziło wśród kompletnej ciszy. Znajomy matki, Francuz, uciekinier z oflagu, szepnął do niej przerażony: Wanda, c’est Moyen Age! A potem się zaczęło: wpadali do mieszkań przy Rynku i nawoływali do rabowania sklepów. Ale to były sklepy sąsiadów, znajomych i nikt nie chciał iść. Przeszukiwali domy za giermancem, wkrótce za Akowcami. Moja ciotka została aresztowana w lutym. W piwnicach ludzie leżeli pokotem, albo stali. Pijani strażnicy otwierali drzwi i strzelali na oślep…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s