Bitwa pod Falaise

Zbliża się rocznica jednego z ważniejszych wydarzeń II Wojny Światowej – wielkiej operacji desantowej w Normandii, znanej pod kryptonimem „D-day”. Rozpoczęła się ona 6-go czerwca 1944 roku.  W tej operacji udział brała też polska 1 Dywizja Pancerna generała Maczka. Dla nas, Kanadyjczyków polskiego pochodzenia, może być interesującym to, że ta polska Dywizja pod względem operacyjnym wchodziła w skład 1 Armii Kanadyjskiej.  Gdy więc słyszymy o działaniach sił kanadyjskich w Normandii, pamiętajmy że ich częścia składową była polska dywizja. Jej dzieje są wyjątkowe jak na polskie losy w czasie II Wojny Światowej.  Warto je przypomnieć!

A więc w 1938 roku młody jeszcze oficer, pułkownik Stanisław Maczek zostaje mianowany dowódcą Brygady Pancerno-Motorowej, pierwszej i jedynej takiej jednostki w przedwojennym wojsku polskim, tworzonej na bazie 10 Brygady Kawalerii.  Zadanie polegało na zamianie koni na samochody, ciągniki i czołgi.  Proste?  Ale pamiętajmy, że wówczas trzeba było zacząć od nauczenia kawalerzystów prowadzenia samochodu.  Trzeba było stworzyć z niczego bazę techniczną i warsztatową, a także opracować nowy regulamin walki, nową taktykę działań, dostosowaną do nowych możliwości technicznych.  Z tą pionierską w polskich warunkach pracą pułkownik Maczek dał sobie radę wspaniale.  We Wrześniu 1939 jego Brygada była w pełnej gotowości bojowej, stanowiąc jedyną nowoczesną jednostkę polskiego wojska.

Włączona w skład Armii Kraków jako jej odwód, została skierowana na front karpacki, aby powstrzymać nieoczekiwane uderzenie niemieckiego korpusu pancernego idacego ze Słowacji przez Chyżne na Myślenice i Kraków.  Mimo dziesięciokrotnej przewagi liczebnej nieprzyjaciela, świetnie wyszkolona i dowodzona Brygada blokowała Niemcom drogę do Krakowa przez cały tydzień.  Musiała się wycofać na wschód dopiero na skutek ogólnej sytuacji na frontach, kończąc swój szlak bojowy pod Lwowem.  Po 17 września, gdy Armia Czerwona uderzyła od wschodu i dalsza obrona traciła sens, na rozkaz Naczelnego Wodza Brygada przekroczyła granicę węgierską, gdzie została internowana. (Węgry, wówczas kraj neutralny, graniczyły z Polską w rejonie przełęczy Dukielskiej. Zgodnie z międzynarodowymi konwencjami, wojskowe oddziały przekraczające granice kraju neutralnego musiały być rozbrojone i internowane). Przy zdawaniu broni Węgrom  okazało się, że Brygada dysponowała większą ilością sprzętu niż na początku wojny.  Był to wynik zdobyczy na Niemcach, dowód sprawności i wysokiego poziomu Brygady.

Prawie cała kadra oficerska, jak i większość żołnierzy, korzystając z milczącego pozwolenia sympatyzujących z Polakami Węgrów, ruszyła w drogę na Zachód.  Przez Jugosławię i Włochy docierali grupami do Francji, gdzie wkrótce przystapili do odbudowy 10 Brygady Kawalerii Pancernej u boku francuskich aliantów.  Doświadczona kadra, energiczny dowodca, francuska pomoc w sprzęcie doprowadziły do tego, że w maju 1940 roku Brygada znów była gotowa do walki.  Niestety mimo kilku błyskotliwych akcji, w ogólnym chaosie francuskiej klęski żołnierze Maczka drugi raz przeżyli gorycz porażki.  Po wyczerpaniu się benzyny sprzęt trzeba było spalić.  Przez Marsylię, Północną Afrykę i Portugalię docierali do ostatniego bastionu walki z hitleryzmem – do Anglii.

I znów, jak Feniks z popiołów, odradza się na ziemi szkockiej 10 Brygada Kawalerii.  Ten sam dowódca, ta sama kadra oficerska, wielu tych samych żołnierzy.  Te same uratowane sztandary, ta sama tradycja – jedynie doświadczenie coraz większe.  Na ponowne wyjście na front przyszło jednak poczekać aż cztery lata.  W tym czasie (1940-1944) Brygada rozrosła się w Dywizję.  Przybyli nowi ludzie, nowy sprzęt. Żołnierze czekali na możliwość rewanżu za dwie przegrane, nie ze swej winy, kampanie.

Wreszcie w lipcu 1944 nadszedł wielki, oczekiwany dzień: lądowanie Dywizji w Normandii. Zaczął się ostatni etap szlaku bojowego od Myślenic do Wilhelmshaven.  Ciężkozbrojna Dywizja nie brała udziału w pierwszym szturmie na plaże Normandii.  Do wyładunku czołgów potrzebna była jakaś namiastka portu.  Wkroczyła do akcji w pierwszych dniach sierpnia, gdy walka o Normandię wchodziła w swój decydujący etap, zwany bitwą pod Falaise. Zmobilizowane przez Niemców siły przystąpiły do ostatniej rozpaczliwej próby wyrzucenia Aliantów do morza.  Siódmego sierpnia niemiecka 7 Armia, wzmocniona sześcioma dywizjami pancernymi przystapiła do kontrataku, zabezpieczając sobie skrzydła solidnie umocnionymi pozycjami.  I na te właśnie umocnione pozycje pod Caen, w kierunku Falaise rozpoczęła natarcie 1 Armia Kanadyjska.  8 sierpnia weszły do akcji jej główne siły uderzeniowe: 4 kanadyjska i 1 polska dywizje pancerne.  Zacięta bitwa trwała przez pełne dwa tygodnie, aż do 22 sierpnia.  W pierwszym tygodniu jej trwania Amerykanie odrzucili kontratak niemieckiej 7 Armii, a Kanadyjczycy i Polacy przełamali jej umocnione pozycje skrzydlowe.  W drugim tygodniu Niemcy znaleźli się w okrążeniu.  Zadanie zamknięcia kotła przypadło najdalej do przodu wysuniętym dywizjom: 4-tej kanadyjskiej i 1 polskiej.  Kanadyjczycy zostali jednak zatrzymani w połowie drogi niemieckimi kontratakami.  Na drodze odwrotu Niemców Polacy znaleźli się sami.  Wdarli się tam przez niemieckie linie iście kawaleryjską szarżą.

Falaise pościg

Zamykając okrążenie, sami zostali okrążeni, atakowani z dwóch stron: z jednej przez rozpaczliwie chcące się wydostać z matni oddzialy 7 Armii, z drugiej zaś przez idące im na odsiecz dywizje niemieckie. Po przebytych już 10 upalnych dniach nieustannego natarcia, czekały Dywizję jeszcze kolejne trzy dni walki bez wytchnienia, bez zaopatrzenia w żywność i amunicję, bez możliwości ewakuowania rannych. Trzy długie dni – tyle czasu potrzebowała 4-ta kanadyjska, aby dołączyć do Polaków i otworzyć im drogi zaopatrzenia. Tyle też czasu potrzebowali Niemcy, aby zrozumieć, że nie wyważą bramy, zatrzaśniętej im przez Dywizję. Bitwa wygasała. Niemcy masowo szli do niewoli. Droga w głąb Francji, do Paryża i nad Ren stanęła otworem.

Falaise 2     maczek2

Znaczenie polskiego udziału w tej bitwie najbardziej obrazowo określił później brytyjski marszałek Montgomery: „byliście korkiem zamykającym butelkę, w której znaleźli się Niemcy!”

Wysiłek polskich żołnierzy pod Falaise jest w pełni porównywalny do wysiłku żołnierzy II Korpusu na Monte Cassino. Porównywalne są też straty poniesione w obu bitwach. Podobne jest również ich znaczenie w skali całych frontów: wykonanie kluczowego zadania, otwierającego drogę – tam do Rzymu, tu do Paryża. Jednak w polskiej świadomości historycznej Falaise jakby nie istniało. O Monte Cassino wie każdy. Ilu Polaków wie o Falaise?

Falaise Cmentarz

Legenda tych wielkich polskich bitew tworzyła się zaraz, wtedy, na bieżąco. Wiadomość o Monte Cassino dotarła do kraju wcześniej, już w maju. Był to pierwszy wielki sukces żołnierza polskiego na terenie Europy. Budził nadzieję. Bitwa pod Falaise toczyła się w tym samym czasie co Powstanie Warszawskie. Skupiło ono na sobie całą uwagę narodu, spychając na drugi plan wydarzenia w dalekiej Normandii. Żołnierze gen. Maczka nie doczekali się bogatej literatury, pieśni, ani swojego Wańkowicza. Dowódca na Monte Cassino, gen. Anders, był przez długi czas symbolem opozycji antykomunistycznej, a jego żołnierze w większości pozostali na emigracji. Dowódca spod Falaise, gen. Maczek, po wojnie usunął się w cień, a wiekszość jego żołnierzy, nie mając za sobą syberyjskich doświadczeń, wróciła po wojnie do kraju. Z tych wszystkich powodów bitwa pod Falaise jest mniej znana niż na to zasługuje. Warto więc ją przypomnieć.

Nasz Wiek XX-ty

Myśląc o dziejach ludzkości, a szczególnie o dziejach Europy, staramy sie zwykle skojarzyć poszczególne epoki z kalendarzowym podziałem czasu na stulecia. I tak wiek XVI‑ty skojarzył nam się z renesansem, wiek XVIII‑ty z oświeconym absolutyzmem, wiek XIX‑ty ‑ wiek pary i elektryczności ‑ z wczesnym kapitalizmem. A wiek XX‑ty ? Dobiegł już końca, więc możemy sobie postawić pytanie, co było w tym naszym wieku najważniejsze, co stanowi jego istotę, z czym może się kojarzyć przyszłym pokoleniom?  A także ‑ czym był ten wiek dla Polski?

W Europie wiek XX‑ty zaczął się dopiero w 1914 roku ‑ mimo że powitano go uroczyście, zgodnie z kalendarzem, już w roku 1900. Urządzono w Paryżu, centrum ówczesnego świata, wielką wystawę, zbudowano wieżę Eiffel’a ‑ ale tak naprawdę to trwał dalej wiek XIX‑ty, świat toczył się nadal starymi koleinami, wytyczonymi jeszcze w 1815 roku na Kongresie Wiedeńskim. Dopiero Wielka Wojna zburzyła ten porządek, otwarła nową epokę. Wiek XX‑ty ‑ wiek silników spalinowych, atomu i elektroniki ‑ został naznaczony przez powstanie, rozwój i upadek dwóch wielkich, obłędnych i zbrodniczych ideologii: faszyzmu i komunizmu. Ideologii, które w imię szczęścia ludzkości ‑ bądź wybranej rasy ‑ prowadziły do powstania systemów totalitarnych, do agresywnych wojen, a w skrajnych przypadkach do ludobójstwa. Zmagania pomiędzy światem demokracji a światem militaryzmu i totalitaryzmu trwały bez mała przez całe stulecie ‑ bo aż do 1989 roku. Można by powiedzieć ‑ taka współczesna „Wojna Stuletnia”.

Jej pierwszym etapem były wojny i rewolucje lat 1914‑1920. Zakończyły się one nie z powodu totalnej klęski którejś ze stron, lecz z powodu zmęczenia przeciwników. Pokój był więc czymś w rodzaju przerwy w meczu bokserskim: przeciwnik po przegranej rundzie został odesłany do narożnika, gdzie mógł zbierać siły do rewanżu. W tej sytuacji znalazły się dwie europejskie potęgi: Niemcy ‑ przyjmując warunki pokoju w Wersalu i Rosja ‑ przyjmując warunki pokoju w Rydze. Nikt nie miał wątpliwości, że kolejna wojna wybuchnie, gdy tylko pokonani odzyskają siły. Tym bardziej, że w krajach tych święcił tryumfy kult militaryzmu, wspierany totalitarnymi ideologiami. Że rozpętano w nich szaleńczy wyścig zbrojeń. Że coraz natarczywiej podważano narzucone im warunki pokoju. Że podrażnione były mocarstwowe ambicje.

Druga Wojna Światowa była więc kontynuacją Pierwszej. Walka o militarne (i ideologiczne) panowanie nad światem zakończyła sie całkowitą klęską „Tysiącletniej Rzeszy” ‑ a jednocześnie tryumfem sowieckiej Rosji. Zwycięstwo „wolnego świata” było więc połowiczne. Podział świata na komunistyczny, agresywny Wschód i demokratyczny Zachód stał się faktem i nie wróżył niczego dobrego. Po krótkiej przerwie na złapanie oddechu rozpoczął się trzeci etap „wojny stuletniej” ‑ tak zwana „zimna wojna”. Taka „zimna” to ona znów nie była. Korea, Vietnam, Angola, wreszcie Afganistan ‑ to tylko kilka najbardziej znanych „gorących” kampanii tej wojny. Decydujacy okazał się jednak wyścig zbrojeń, który obnażył niewydolność komunistycznej gospodarki i doprowadził ją do ruiny ‑ a w konsekwencji do upadku całego systemu. Pokojowe, choć wymuszone oddanie władzy przez komunistów w Polsce uruchomiło lawinę, która zmiotła sowieckie imperium jak domek z kart. „Wojna Stuletnia” zakończyła się definitywnie. Przed światem stanęły nowe problemy, nowe wyzwania ‑ wprowadzające nas w wiek XXI.

Przez cały ten czas Polska była niejako w „oku cyklonu”. Jeżeli wiek XVIII był dla nas stuleciem stopniowej utraty suwerenności ‑ aż do likwidacji państwa włącznie, to wiek XX‑ty stał się stuleciem walki o odwrócenie tego procesu. Dzień 11 listopada 1918 był niewątpliwie dniem przełomowym. Deklaracja wskrzeszenia Państwa Polskiego była aktem jego narodzin, ale trzeba było następnych, jakże trudnych 80 lat, aby osiągnac stabilizację, rozwiązać sąsiedzkie problemy, odzyskać pełną suwerenność, wejść jako równy partner do rodziny narodów europejskich ‑ jednym słowem osiągnać „wiek dojrzały”! Przypomnijmy sobie: rodzące się po ponad stuletniej niewoli państwo znalazło się w permanentnym konflikcie niemal z wszystkimi sąsiadami: z Niemcami i Rosjanami, z Litwinami i Ukraińcami, z Czechami i Białorusinami. Brak wyraźnych granic etnograficznych uniemozliwiał jednoznaczne i sprawiedliwe dla wszystkich ustalenie nowych granic państwowych. Powstawały więc one w wyniku wiekszych lub mniejszych starć zbrojnych, w wyniku chwilowego układu sił, na zasadzie wymuszenia ‑ pozostawiając nierozwiazane problemy i pragnienie rewanżu. W skali ogólnoeuropejskiej nowonarodzone państwo też nie cieszyło się uznaniem. Jeszcze niedawno w kanadyjskim podręczniku historii znalazłem ślad brytyjskiego, imperialnego spojrzenia na sprawę: „Apart from using armed force to put down the nationalist movements the victorious powers had no alternative but to recognize the new state as political entities”. A więc, gdyby tylko mieli dość sił, to chętnie zaprowadziliby „porządek” w stylu imperialnym. Ponieważ nie było to możliwe, brytyjczycy starali się przynajmniej ograniczyć „straty” innych imperiów: lord Curzon wymyślił wschodnią granicę Polski, a Lloyd George protestował ostro przeciwko przyznaniu Polsce części Górnego Śląska, argumentując, że „nie można małpie dawać zegarka”. Ot, jeżeli już nie ma innego wyjścia, niech Polacy zadowolą się czymś w rodzaju nowego „Księstwa Warszawskiego”, niezdolnego i tak do samodzielnego życia. Takie „buffer state” ‑ jak dotychczas określa historiografia anglosaska. „Państwo sezonowe” ‑ jak mówili Niemcy. „Bękart traktatu wersalskiego” ‑ jak najdobitniej określił Mołotow.

Cieszyliśmy się tą niepodległością, ale tak naprawdę to nie była ona przez nikogo z potęg tego świata traktowana poważnie. Państwa Zachodu na konferencji w Locarno w 1925 roku wymusiły na Niemcach uznanie nienaruszalności granic z Francją i Belgią, zwalniajac ich jednocześnie od podobnych zobowiazań w stosunku do Polski ‑ co przy jednoczesnym stałym podnoszeniu przez Rzeszę jej pretensji terytorialnych podkreślało tymczasowość polskich granic. Zarówno Niemcy jak i ZSRR czekali tylko na wzmocnienie swych sił, by odebrać ‑ z nawiązką ‑ swoje „straty”. W Polsce zdawano sobie z tego sprawę. Tuż po podpisaniu paktów o nieagresji z obydwoma sąsiadami, w marcu 1934 Marszałek Piłsudski postawił na naradzie sztabowej pytanie: „kto zaatakuje pierwszy, Niemcy czy ZSRR?”. Nie „czy?”, tylko „kto pierwszy?”.

Mimo to Polacy budowali swoje państwo. Dokonywało się scalenie trzech byłych zaborów ‑ zarówno w sferze infrastruktury i gospodarki, jak prawodawstwa, szkolnictwa, a co najważniejsze ‑ świadomości obywatelskiej. Na zewnątrz aktywne działania prowadziła polska dyplomacja, polska bandera pojawiła się na morzach świata, a polska flaga na olimpijskich stadionach. Pomału świat przyzwyczajał się do tego, że takie państwo ‑ Polska ‑ istnieje.

Drugą Wojnę Światową rozpoczęli obaj nasi sąsiedzi od realizacji swojej wizji polskiego losu: od likwidacji tego „sezonowego tworu państwowego”. Bezpośrednie działania wojenne, a potem lata okupacji przyniosły ogromne straty. Miliony ofiar ludzkich, ruiny wielu miast, spalonych wiele wsi, zniszczona infrastruktura, przemysł – do tego deportacje i przesiedlenia kolejnych milionów mieszkańców. Gdy wojna wreszcie się skończyła, Polacy musieli zaczynać wszystko prawie od początku. Jednak Państwo Polskie już istniało w świadomości świata i nie można było, ot tak sobie, zapomnieć o jego istnieniu. Po zwycięstwie nad hitlerowskimi Niemcami nie stawiano już pytania „czy?”, a jedynie „jaka?” Polska ma być. Ale odpowiedzi na to udzielono bez pytania Polaków o zdanie. Trzech wielkich tego świata zadecydowało ‑ w Jałcie i Poczdamie ‑ zarówno o kształcie terytorialnym, jak i o przynależności do sowieckiej strefy wpływów ‑ a zatym o polityczno‑gospodarczym ustroju Polski. Przy okazji warto przypomnieć rolę Churchilla, który akceptując bez zastrzeżeń nową wschodnią granicę Polski, gwałtownie oponował przeciwko zachodniej: „Zajęcie tak wielkiego terytorium nie przyniesie Polsce żadnych korzyści. Jeśli Niemcy z nich uciekli, winni otrzymać pozwolenie na powrót. Polacy nie mają prawa narażać na klęskę głodową Niemiec… Rząd Jego Królewskiej Mości nigdy nie przyzna, że wschodnie terytoria Niemiec zajęte w czasie wojny stały się polskie!” ‑ to cytaty z jego własnych pamiętników. W ten spósob dał Stalinowi piękny prezent: ubrał go w togę jedynego obrońcy polskich interesów, mianował go jedynym gwarantem stabilności polskich granic ‑ jednym słowem założył Polakom obrożę, a koniec smyczy dał do ręki Stalinowi. Tak wygladała polska suwerenność.

Jednak walka o jej odzyskanie toczyła się nadal. Jak drzewo, które wciska korzenie w każdą szczelinę muru, który go otacza, aż wreszcie rozsadzi ten mur, tak społeczeństwo polskie wykorzystywało każdą szczelinę w totalitarnym systemie aby wywalczyć więcej niezależności, aby krok po kroku odzyskiwać swą podmiotowość, swą odrebność od „Wielkiego Brata”, swe związki z Zachodem. Kamienie milowe tej ciernistej, a czasem zawiłej drogi to daty 1956, 1968, 1970, 1980, 1989. I co ciekawe: niektóre elementy tej drogi były realizowane również przez komunistów. Odesłanie do ZSRR rosyjskich generałów z Rokossowskim na czele, podpisanie przez ekipę Gomułki pierwszego porozumienia z RFN, gierkowskie otwarcie granic na Zachód ‑ to też były, mniej lub więcej uświadomione, kroki w tym kierunku. Ponadto w ciągu całego półwiecza, niezależnie od komunistycznej dominacji, zachodziły w społeczeństwie polskim rozliczne procesy kształtujące jego współczesną świadomość. Jednym z najważniejszych, a może mało uświadamianych, był proces odrzucania jagiellońskiej idei państwa wielonarodowego, federacyjnego w założeniu a z polską dominacją w praktyce, stojącego okrakiem między Wschodem i Zachodem, i powrót do idei piastowskiej ‑ państwa jednonarodowego, w pełni i jednoznacznie należącego do Zachodu. Jeszcze w roku 1947 harcerze śpiewali na ulicach polskich miast: „Nie damy Wilna ani Lwowa, bo to jest nasza ziemia piastowa…” Jeszcze dwadzieścia lat temu w Edmonton słyszałem, że „jedna bomba atomowa, a wrócimy znów do Lwowa…” Dzisiaj, w suwerennej Polsce żadne, nawet najbardziej skrajne ugrupowanie polityczne nie podnosi takich postulatów. Świadomość trwałego rozgraniczenia terytorium Polski, Litwy i Ukrainy oraz konieczności dobrosąsiedzkich między nimi stosunków stała się fundamentem polskiej racji stanu ‑ na równi z koniecznością integracji z Zachodem. Pozostał sentyment do tamtych miast, do tamtych ziem ‑ do tamtej historii ‑ który jednak powinien łączyć, a nie dzielić.

Bolesna była to transformacja, jak bolesna jest, dokonywana na żywym ciele, każda operacja. Jednak w końcowym efekcie tych procesów niepodległa Polska ukształtowała się jako państwo o uznanych powszechnie granicach, żyjące w zgodzie z wszystkimi sąsiadami. W świadomości elit politycznych świata zaistniała wreszcie jako suwerenny podmiot ‑ a nie jako kłopotliwy przedmiot, który przesuwa się z kąta w kąt w interesie raz tego, raz innego mocarstwa. Polska stała się częścią „zachodniego świata”, stając się członkiem NATO i Unii Europejskiej. Jak rok 1000‑ny w Gnieźnie wprowadzał Polskę po raz pierwszy do grona suwerennych państw europejskich, tak rok 2000‑ny stał się piękną klamrą spinającą tysiacletnie burzliwe dzieje naszego ojczystego kraju, zamykając krąg historii ponownym włączeniem w europejskie struktury. Rozpoczęty wiek XXI stawia przed Polską nowe problemy, nowe zadania do spełnienia. Ale są to już problemy o innym ciężarze gatunkowym: nie „czy?” tylko „jak?” będzie wyglądać Państwo Polskie!

Zaginiony świat

W kwietniu 1943 roku – dokładnie 70 lat temu – niemieckie oddziały przystępujące do ostatecznej likwidacji Warszawskiego Getta zaatakowane zostały przez chłopców z Żydowskiej Organizacji Bojowej. Zaczęła sie bohaterska, straceńcza walka grupy młodych ludzi, urodzonych i wychowanych w Warszawie – o prawo do godnej śmierci. Był to ostatni akord Zagłady, która przetoczyła się przez wszystkie miasta centralnej i wschodniej Polski. Z rąk niemieckich faszystów ginął bezpowrotnie pewien świat – świat ludzi, świat rzeczy, a także świat pojęć.

Ten zaginiony świat jest coraz trudniejszy do zrozumienia. Wojenne wydarzenia, późniejsze opinie i emocje wytworzyły obraz czarno-biały, o ostrych konturach. Żydzi, Polacy, Niemcy – a pomiędzy nimi przepaść. Ten stan, ten obraz rzeczy wytworzyli nacjonaliści: w pierwszym rzędzie niemieccy, ale również polscy i żydowscy. Tymczasem zaginiony świat był znacznie bardziej złożony, bardziej wielobarwny.

Nie miejsce tu, w krótkim felietonie, na analizę wielowiekowej historii polsko-żydowskiego współistnienia. Faktem jest, że na terenach dawnej Rzeczypospolitej społeczność żydowska uzyskała taką autonomię, o jakiej nie można było marzyć w żadnym innym zakątku świata. Było to piękne, ale w zdecydowany sposób hamujące procesy integracyjne.  Stąd w licznych polskich miastach egzystowały całe dzielnice, jakby żywcem wyjęte ze Starego Testamentu, z pełną orientalną egzotyką, żyjące własnym, na ogół bardzo biednym życiem. Ale to tylko jedna strona medalu. Coraz więcej wykształconych, zdolnych ludzi żydowskiego pochodzenia opuszczało getta i wtapiało się w polskie społeczeństwo, biorąc aktywny udział w życiu gospodarczym, społecznym i kulturalnym, z coraz większym pożytkiem dla wszystkich. Stopniowo, powoli, ale jednak procesy integracyjne postępowały naprzód.

Wtedy do akcji wkroczyli nacjonaliści. Wiadomo, że największym wrogiem nacjonalizmu jest zgodne współżycie, integracja. Nacjonalista chce być najlepszy, najmocniejszy – a żeby to udowodnić, musi mieć kogoś słabszego do bicia. Swój własny naród widzi przy tym trochę jak rasowe stado ogarów, gdzie „czystość rasy” jest najważniejszym wyróżnikiem. W imię więc tak pojętego „narodu” zaczęto z obydwu stron kopać przepaść.

Tymczasem byli ludzie, którzy żyli, i chcieli żyć ponad tą przepaścią, o których można powiedzieć, że byli Polakami pochodzenia żydowskiego (lub wyznania mojżeszowego) – tak jak nasze dzieci i wnuki będą Kanadyjczykami pochodzenia polskiego. Bo przecież Polak to ten, kto kocha kraj zwany Polską, kto  żyje w świecie polskiego języka, kultury, tradycji historycznej – a nie tylko ten, kto ma czysty zapis genetyczny. JulianTuwim – Żyd z pochodzenia, perła polskiej kultury, czarodziej polskiego języka, miłośnik polskiej ziemi, napisał o sobie: „Jestem Polakiem, bo się w Polsce urodziłem i wychowałem, bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy, bo z wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej rajskie rozkosze zapewniono. Jestem Polakiem, bo pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła i wessała ziemia polska, a nie żadna inna. Jestem Polakiem, bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano, bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono. Bo brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cyprys, a Mickiewicz i Szopen drożsi niz Szekspir i Beethoven„.

Co, wobec tej deklaracji, możemy powiedzieć my, emigranci z własnej woli, którzy po powrocie z wycieczki do Kraju mówimy często: „wyleczyłem się z Polski”? Jednak pod taką deklaracją w latach poprzedzających wojnę mogły podpisać się tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi, których przodkowie byli Żydami. Często byli to wybitni przedstawiciele polskiego świata nauki i kultury, jak choćby  Marceli Handelsman – wybitny historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, obrońca Warszawy w 1920 roku, a w czasie okupacji szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Jak profesor Ludwik Hirszfeld, założyciel i kierownik Instytutu Immunologii (specjalizujacy się w badaniach grup krwi) we Wrocławiu. Jak wybitny pedagog, Janusz Korczak. Tacy ludzie byli atakowani z obu stron – byli niewygodni zarówno dla nacjonalistów polskich, jak i żydowskich. Szczególnie trudno zrozumieć tych pierwszych. Zwalczanie ludzi, którzy wzbogacali polską kulturę, jest przecież działaniem skrajnie antynarodowym. Ale nacjonaliści, różnego zabarwienia „narodowcy”, to ludzie zaślepieni, do których nie trafiają żadne argumenty.

Jeżeli ktoś z Państwa miał okazję odwiedzić cmentarz polski na MonteCassino i zapuścił się w głąb pomiędzy żołnierskie mogiły, mógł zauważyć wykute na niektórych nagrobkach Gwiazdy Dawida. Kim byli ci żołnierze? To nie byli rekruci siłą wcieleni do obcej im armii. Ta armia była czysto ochotnicza. Ponadto  kwaterowała ona jakiś czas w Palestynie – ci żołnierze mieli możliwość wyboru. I tego wyboru dokonali.

Nie mieli możliwości wyboru ci, którzy zostali na czas wojny w Polsce.  Za nich decyzje podjęły nacjonalistyczne Niemcy: kto do trzeciego pokolenia wstecz miał w rodzinie kogoś pochodzenia żydowskiego, ten musiał być Żydem i był skazany na śmierć. Własne poczucie przynależności nie miało tu nic do rzeczy. W gettach całej Polski znaleźli się więc nie tylko ortodoksyjni Żydzi, syjoniści, żydowscy komuniści – ale również Polacy zakwalifikowani przez rasistowskie ustawy norymberskie jako Żydzi. Nie można zapytac poległych bojowników Warszawskiego Getta kim się czuli, ale długo jeszcze żył w Polsce Marek Edelman – jeden z przywódców powstania. Nie wyjechał na żadną emigrację. W Polsce był u siebie w domu, biorąc aktywny udział w życiu społeczno-politycznym kraju. Był Polakiem – choć żydowskiego pochodzenia.Takich było wiecej – nie bez powodu nad walczącym Gettem powiewały obok siebie dwie flagi: żydowska i polska.

Getto pomnik          Getto

Dlatego tragedia Getta nie może być odłączona od innych wojennych tragedii polskich. Dzisiejsze dzielenie tamtego zaginionego świata na „my”i „oni”, z takim zapałem dokonywane przez obie strony, tylko częściowo odpowiada rzeczywistości. To tak, jak ze sporami polsko-litewskimi: nie ma i nie może być obrazu czarno-białego. Barwy i cienie przenikały się wzajemnie zbyt długo, aby nie pozostawić trwałych, niepodzielnych śladów. Prezydent Litwy mógł już powiedzieć w Warszawie: „Łączy nas historia i dziedzictwo kulturalne. Coraz częściej powinniśmy mówić: „nasz” Mickiewicz, Kraszewski czy Miłosz”. Nasz, to znaczy wspólny, stanowiący dziedzictwo zarówno Polaków jak i Litwinów. Myślę, że już niedługo będziemy mogli mówić o wspólnocie historii i dziedzictwa kulturalnego również z Żydami. Bo przecież dziedzictwo faszyzmu i rasizmu musi zostać odrzucone. Jeszcze raz przywołam słowa Juliana Tuwima: „Nie dzielę Polaków na „rodowitych” i „nierodowitych”, pozostawiając to rodowitym rasistom. Dzielę Polaków, jak i Żydów, i jak inne narody, na mądrych i głupich, uczciwych i złodziei, inteligentnych i tępych, krzywdzonych i krzywdzących„. Nic dodać, nic ująć!

Polski „złoty wiek”

Panta rei – wszystko płynie, wszystko się zmienia! (to grecki filozof Heraklit). Sic transit gloria mundi – tak przemija sława świata! (to porzekadło starożytnych Rzymian). Tak jest stworzony świat: wszystko – rośliny, zwierzęta, ludzie, a także systemy organizacji społeczeństw – państwa, imperia – przeżywają okres swojego wzrostu, dochodzą do szczytu swego rozwoju, siły i potęgi, a w końcu umierają, robiąc miejsce swym następcom. W perspektywie historycznej widać to na wielu przykładach. Imperium Romanum, Imperium Brytyjskie – by poprzestać tylko na tych dwóch, najlepiej znanych. Jednym z mniej znanych, w mniejszej, bo tylko europejskiej skali, było państwo polsko-litewskie: Rzeczpospolita Obojga Narodów. Okres szczytowego rozwoju, tak zwany „złoty wiek”, przeżywało gdzieś od połowy XV do połowy XVII wieku. Było to wtedy największe państwo Europy, będące jedyną w Europie, jeżeli nie w świecie, oazą wolności i ówcześnie pojmowanej demokracji. Przypomnijmy sobie: w XV wieku ukształtowała się w Polsce zasada tolerancji narodowej i religijnej, oraz udziału w życiu publicznym i w sprawowaniu władzy dużej części społeczeństwa. System ten, określony później jako „demokracja szlachecka”, rozpowszechnił się na całym obszarze polsko-litewskiego państwa, którego mieszkańcy zaczęli odtąd używać wspólnej nazwy: Rzeczpospolita.

mapa

Demokracja! Pojęcie to, określające system sprawowania władzy, znane jest nam od czasów starożytnych Greków. „Demokracja” po grecku znaczy „władza ludu”. Różnie to było interpretowane w różnych okresach historycznych. Zależało to od tego, kto był zaliczany do tego „ludu”. W starożytnych Atenach „ludem” byli ludzie wolni, na których pracowały zastępy niewolników, pozbawionych wszelkich praw. W konstytucji amerykańskiej z końca XVIII wieku „ludem” byli także „ludzie wolni”, w odróżnieniu od „pozostałych”, czyli niewolników. W Rzeczpospolitej Obojga Narodów w XVI wieku „ludem” był stan szlachecki, który to stan obejmował około 10% ogółu ludności – był więc, w porównaniu z innymi krajami, bardzo liczny.

Przynależność do stanu szlacheckiego nie była zależna od statusu materialnego. Wielu mieszczan, a nawet i chłopów, było bogatszych od co uboższych szlachciców.  Wyróżnikiem było właśnie zaangażowanie w sprawy publiczne.  Mieszczanin czy chłop mógł uzyskać nobilitację za zasługi w służbie publicznej – do której zaliczała się też służba wojskowa.  Rozwój szkolnictwa – od szczebla parafialnego poczynając – umożliwiał zdobycie wykształcenia członkom różnych stanów, co ułatwiało awans. (Np. Kopernik, czy pisarz Frycz Modrzewski, byli mieszczanami).

Szlachta stworzyła orginalny model państwa, w którym wolność osobista była traktowana jako wartość nadrzędna.  Państwo miało ugruntować prawo, zapewnić bezpieczeństwo, nie ograniczać inicjatywy ekonomicznej.  Stan szlachecki zapewnił sobie pełnię praw obywatelskich i kontrolę nad wszystkimi dziedzinami życia.  Król przestawał być władcą, stawał się coraz bardziej „primus inter pares” – pierwszy między równymi.  Jagiellonowie byli co prawda dziedzicznymi panami Litwy, lecz na tron polski byli każdorazowo wybierani. (Dla zachowania unii przyjął się obyczaj, że wybierano zawsze dziedzica Litwy, lecz nie było to jednoznaczne z dziedzicznościa tronu). Dzięki sprzyjającej koniunkturze gospodarczej Rzeczpospolita tamtego czasu była relatywnie krajem zamożnym.  Ułatwiało to procesy integracyjne, łagodziło napięcia społeczne.  Rozwijała się literatura (Kochanowski), sztuka (Wit Stwosz), architektura (pałac królewski na Wawelu).

Wit Stwosz        Wawel

 

Wojny toczyły się na granicach wielkiego państwa – jego środek zażywał długotrwałego pokoju. Na krakowskim rynku klękał przed królem polskim były Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego, a w tym czasie już świecki Książę Prus. Pod Kircholmem (koło Rygi) został rozgromiony desant króla szweckiego. Pod Pskowem wysłannicy cara moskiewskiego klękali przed polskim królem. Pod Chocimiem, który stanowił wtedy graniczną twierdzę, w kilkudniowej bitwie wojska Rzeczpospolitej zatrzymały inwazję Imperium Ottomańskiego. Aż do połowy XVII wieku nikt nie mógł zagrozić trwałości państwa.

Hołd Pruski   Psków   Chocim

Rzeczpospolita ukształtowała się jako państwo ludzi wolnych.  Konsekwencją tego była absolutna tolerancja narodowa i religijna.  Polacy, Litwini, Niemcy, Rusini, Żydzi, Ormianie, a nawet Tatarzy osiedli na Litwie żyli obok siebie korzystając z równouprawnienia w każdej dziedzinie.  (Multiculturalism nie został wynaleziony tu i teraz – był on codzienną praktyką w państwie polsko-litewskim XVI wieku).

Rzeczpospolita zapewniła współżycie wszystkim znanym religiom.  Brak prześladowań musiał szokować współczesnych, ale dla szlachty był powodem dumy i poczucia wyższości. W całej ówczesnej Europie, od Atlantyku po Ural, obowiązywała zasada „cuius regio, eius religio” (czyja władza, tego religia). Zasada ta była egzekwowana bezwzględnie – poddani musieli przyjmować to wyznanie, które ich władca uznał za politycznie wygodniejsze dla siebie. Oporni ginęli z rąk kata, płonęli na stosach, padali w masowych rzeziach. Był tylko jeden wyjątek: państwo polsko-litewskie. Znane jest oświadczenie Zygmunta Augusta: „nie jestem panem waszych sumień”. Znana jest uchwała Sejmu (Konfederacja Warszawska 1573) o pełnej tolerancji religijnej. Nie były to tylko puste formułki. Gwarantem tolerancji nie było jedynie państwo, lecz świadomość aktywnej politycznie części społeczeństwa – stanu szlacheckiego. W całym kraju obok siebie egzystowały wszystkie odmiany chrześcijaństwa, judaizm, islam. Rzeczpospolita w tamtym czasie pełna była wygnańców, szukających azylu.  Katolicy, protestanci i Żydzi z całej Europy znajdowali tu schronienie przed prześladowaniami, a także swobodę głoszenia najbardziej skrajnych poglądów. (Charakterystyczne, że ekstremalne poglądy nie zyskiwały większej popularności, „zdawały się usychać w świecie ludzi wolnych” – jak pisze prof. J. Kieniewicz).

Ten historyczny ewenement, wyprzedzający o całą epokę rozwój kultury politycznej na świecie, porównywalny z ewenementem greckiej starożytnej demokracji, był orginalnym tworem polskiej myśli politycznej, która kształtowała się w tym kierunku już od początku XV wieku. Przypomnę tylko, że w roku 1415 na Soborze w Konstancji (który w średniowiecznej wtedy jeszcze Europie mógł być odpowiednikiem dzisiejszej Rady Europy), przewodniczący polskiej delegacji, rektor Akademii Krakowskiej, Paweł Włodkowic przedstawił traktat, w którym głosił  (po raz pierwszy w cywilizacji europejskiej), prawo narodów do samostanowienia o sobie. Właśnie narodów, a nie władców. Naród, jako podmiot polityki – to była polska, być może utopijna myśl.   Jakże często spotykamy się z czymś odwrotnym: pojęciem imperium jako podmiotu – bo podobno bardziej „racjonalna” jest zasada stanowienia imperialnego o losie narodów (vide Jałta).

Można dyskutować, czy ówczesny, orginalny i jedyny w swoim rodzaju system społeczno-polityczny był idealny.  Na pewno, jak każda forma demokracji, miał wiele wad, które z biegiem czasu się potęgowały.  Rzeczpospolita była państwem nieco utopijnym w ówczesnym, a może nie tylko ówczesnym, świecie.  Stawiała bowiem wolność jednostki jako bezwzględny priorytet.  Ale tą Utopię realizowała z powodzeniem na wielkim obszarze Europy przez co najmniej 200 lat, póki nie nastąpiła degeneracja systemu z jednoczesnym gwałtownym pogorszeniem warunków zewnętrznych – co doprowadziło do katastrofy. Wolność jednostki przerodziła się w anarchię, w całkowite zaprzeczenie uznania jakiejkolwiek władzy, konieczności ponoszenia jakichś obowiązków wobec państwa, w poczucie pełnej bezkarności na własnym podwórku – choćby przez zniewolenie pańszczyźnianych chłopów, co przyniosło opłakane skutki. Ale to było później. Panta rei. Nic nie trwa wiecznie.

„W Rzeczpospolitej XVI wieku nie zostały sformułowane idee czy poglądy, które by wytyczały bieg myśli czy życia Europy” – pisze prof. Jan Kieniewicz w swej Historii Polski – „Oferowana przez nią tolerancja i wolność nie znajdowały zrozumienia.  Doświadczenie masowego uczestnictwa w życiu publicznym i podporządkowanie państwa obywatelom było w tamtej epoce tak dalece orginalne, że na świat wpłynąć nie mogło.”

Nic dodać, nic ująć. Polska myśl polityczna wyprzedziła wtedy Europę o kilka dlugości.

A co teraz? A może warto by polemizować?

 

Litwa

Z czym się nam kojarzy Litwa?  Z Jagiełłą, Mickiewiczem, Miłoszem?  Z Wilnem, Ostrą Bramą, Nowogródkiem?  Z okresem chwały i wielkości polsko-litewskiej Rzeczpospolitej?  W każdym razie z czymś bardzo swojskim. A tymczasem dowiadujemy się, że współczesna Polska ma największe sąsiedzkie problemy właśnie  z Litwą.  Jak do tego doszło?  Od radosnej unii w Horodle do dzisiejszej antypolskiej fobii?

Ostra Brama

Litwini, Polacy i Białorusini są sąsiadami od wieków.  Historia splotła ich losy w sposób szczególny. Przez pół tysiąca lat żylismy w jednym wspólnym państwie, przechodziliśmy te same koleje losu. Sprobujmy prześledzić proces historyczny, który doprowadził do dzisiejszych nieporozumień.  Sprobujmy zrozumieć litewski, a także białoruski punkt widzenia.

Zacznijmy od pytania, czym było Wielkie Księstwo Litewskie?  Było to ogromne państwo, utworzone przez dynastię książąt litewskich, obejmujące tereny dzisiejszej Litwy, Białorusi, a przez krótki czas również Ukrainy.  Szczyt swego rozwoju osiągnęło w XIV wieku w drodze wypierania z tych terenów dotychczasowych okupantów – Tatarów.  Przewagę nie tylko ilościową, ale i kulturową miała w tym państwie ludność białoruska. Jej elita posiadała znajomość pisma dzięki przyjęciu chrześcijaństwa (obrządku wschodniego) jeszcze przed inwazją tatarską – czego brakowało elitom litewskim. Nic więc dziwnego, że językiem „urzędowym” Księstwa był białoruski.

Grunwald

W 1413 roku w Horodle nad Bugiem odbył się wielki zjazd szlachty polskiej oraz bojarów litewskich.  W ślad za zawartymi wcześniej unią dynastyczną i sojuszem polityczno-wojskowym obu państw, skutkującym złamaniem krzyżackiej potęgi pod Grunwaldem w 1410, nastąpił akt wielkiej wagi: zbratanie stanów rycerskich. Szlachta polska dzieliła się z sąsiadami z północnego wschodu nie tylko przywilejami politycznymi, ale również znakami herbowymi. Miało to szczególną wymowę w tamtych czasach: świadczyło o autentycznym i szczerym uznaniu nowych sojuszników za „braci-szlachtę”. A musimy wiedzieć, że tamto pokolenie pamiętało jeszcze najazdy litewskie na Mazowsze czy Podlasie – nie mniej groźne niż tatarskie na Małopolskę.  Więc to zbratanie było naprawdę czymś wielkim – z obu stron.

W dziejach ludzkości każdy trwały układ musi opierać się na obustronnym poczuciu korzyści z niego wypływających. W tym przypadku niewątpliwie taką wspólną korzyścią był sojusz przeciw zagrożeniu krzyżackiemu. Sto lat później to zagrożenie zniknęło, ale pojawiło się nowe  – wzrastająca potęga państwa moskiewskiego. Więc dla strony polskiej było to  zabezpieczenie północno-wschodniej granicy, odsunięcie zagrożenia o setki kilometrów.  Zamiast bronić  Mazowsza przed Litwinami, Polacy pomagali Litwinom (czy też Białorusinom?) bronić Smoleńska przed Moskalami. A dla strony litewsko-białoruskiej?  Chyba najważniejsze było uzyskanie przez bojarów i kniaziów wszelkich praw osobistych i politycznych, które posiadała już wcześniej szlachta polska.  Dzięki temu przekształcili się oni z książęcych poddanych w wolnych obywateli Rzeczypospolitej.  Bojarzy litewscy ponadto wraz z chrztem uzyskali dostęp do kultury łacińskiej, zostali włączeni w obieg kultury Zachodu.

Orzeł-Pogoń

W ciągu kolejnych dziesięcioleci, w ślad za prawami politycznymi i obywatalskimi ulegały ujednoliceniu: sposób uzbrojenia, ubiór, obyczaj, wreszcie wykształcenie i język. Oczywiście granice między Koroną a Litwą były otwarte i nic nie przeszkadzało swobodnemu ruchowi ludności. Polacy nabywali majątki w Wielkim Księstwie tak samo, jak Litwini wchodzili w posiadanie majątków w Koronie – drogą kupna, małżeństwa, spadku. Czasem król nadawał ziemię za zasługi, czasem całe rody szlachty zaściankowej emigrowały z przeludnionego Mazowsza do Wielkiego Księstwa.  Nie było to decydujące, ale na pewno przyspieszało integrację. Po dwóch stuleciach znany nam z Potopu chorąży orszański Kmicic (a Orsza to głęboka Białoruś) nie różnił się niczym od szlachty spod Kalisza, tak jak litewski Radziwiłł nie różnił się od małopolskiego Lubomirskiego. Z końcem XVIII wieku  – prawie czterysta lat po Horodle – szlachta litewsko-białoruska czuła się tak dalece Polakami, że uznano za anachroniczny i zbędny podział kraju na Koronę i Litwę.  Konstytucja 3-go Maja mówi już o centralnej, jednolitej organizacji państwa. Bohaterscy obrońcy Rzeczypospolitej w tamtej epoce – jak Rejtan w Sejmie czy Kościuszko na polu walki – to przedstawiciele tych litewsko-białoruskich Polaków. Już właśnie Polaków. Naród polski wzbogacił się o wielu wartościowych ludzi. Nazwiska można by mnożyć: Czartoryski, Mickiewicz, Moniuszko, Ogiński, Piłsudski, Wańkowicz czy Miłosz – że wymienię tylko parę znanych postaci.

Rejtan       Kościuszko

A narody litewski i białoruski?  Utraciły w ten sposob całkowicie swe warstwy kulturotwórcze, przywódcze. Czy można o to kogoś winić? Przecież nikt tego nie robił z premedytacją. To był naturalny proces, przebiegający wśród ludzi wolnych, wynikał z dobrej woli tworzenia jednej wspólnoty, ze swobody wyboru przynależności osobistej do tej kultury, którą ktoś uzna za bliższą sobie, może lepiej rozwiniętą, lub posiadającą najwiekszą siłę przyciagania w danej wspólnocie. My, imigranci, wtapiający się w kolejnych pokoleniach w kulturę anglosaską dominujacą na tym kontynencie, możemy to łatwiej zrozumieć.  Na Litwie i Białorusi pozostały rodzime warstwy chłopskie ze swym poczuciem odrębności językowej i kulturowej. Za mało to, aby być nowożytnym narodem. Ale wystarczająco dużo, aby naród mógł się odrodzić.  W ciągu XIX wieku, w miarę  postępującej urbanizacji, rozwoju oświaty, a jednocześnie w miarę upadku znaczenia politycznego i ekonomicznego warstwy szlacheckiej – do czego przyczyniła się  w znacznym stopniu okupacja rosyjska i represje po kolejnych powstaniach – tworzyły się nowe warstwy rodzimej inteligencji, tworzyły się od nowa narody.  Od zarania – szczególnie na Litwie – z poczuciem żalu do Polski, do tych litewsko-białoruskich Polaków, którzy nie dość że przestali być Litwinami lub Białorusinami, to jeszcze traktowali te ziemie jako część Polski.

U progu niepodległości w 1918 roku objawiła nam się po raz pierwszy nowa Litwa – wyzwalająca się nie tylko spod rosyjskiej czy niemieckiej okupacji, ale i spod polskiej dominacji kulturowej. Był to tragiczny konflikt Litwinów z Litwinami. Tych, którzy byli spadkobiercami dawnej Rzeczpospolitej, traktujący polskość jako dobro wspólne, jednoczące mieszkanców dawnych ziem tego państwa, z tymi, którzy widzieli zagrożenie oryginalnej litewskiej, ludowej kultury i języka, którzy widzieli groźbę roztopienia się w polskim morzu i dlatego dążyli do całkowitej separacji.  Można by powiedzieć, że spór o Wilno był sporem nie między Polską a Litwą, lecz między Litwinami „litewskimi” a Litwinami „polskimi”, takimi jak Piłsudski czy Żeligowski.

Piłsudski                  Piłsudski3

Po zbrojnym konflikcie o Wilno w 1920 roku – wygranym wtedy przez Polaków – nastąpił dwadzieścia lat później litewski rewanż.  W latach 1941 – 1944 toczyła się na wileńszczyznie mała wojna polsko-litewska. Prowadzona była z jednej strony przez litewską policję i oddziały wojskowe kolaborujace z Niemcami, z drugiej zaś przez oddziały Armii Krajowej. Wojna ta, jak każda, a partyzancka w szczególności, obfitowała w wiele momentów brutalnych z obu stron. W historycznej perspektywie zwycięzcą zostali Litwini – Wilno zostało w ich rękach, a liczebność ludności polskiej została drastycznie umniejszona przez straty wojenne, deportacje, przesiedlenia i emigracje.  Co najważniejsze – została zniszczona bezpowrotnie polska dominacja kulturowa na tym terenie.

Te wszystkie wydarzenia, przytłumione potem przez lata sowieckiej okupacji, oczekują swojego podsumowania.  Dopiero teraz, w ostatnich 20 latach, zaistniała możliwość nawiązania dialogu, poszukiwania dróg do wzajemnego zrozumienia.  Dopiero teraz okazuje się, jak trudno podzielić spadek po Wielkim Księstwie Litewskim.  Każdy naród potrzebuje jakiegoś odniesienia do przeszłości, poczucia jakiejś kontynuacji. Zarówno Litwini jak i Białorusini sięgają więc do Wielkiego Księstwa.  To bardzo dobrze, ale co tam było litewskie, co białoruskie, a co polskie?  Poczynając od „Pogoni”, która była herbem Księstwa, poprzez stolicę (Wilno), wybitnych ludzi (Mickiewicz), do historycznych wydarzeń.  Czy  mickiewiczowski Nowogródek to Litwa?  Chyba raczej Białoruś.  A Kościuszko, Moniuszko, Orzeszkowa – Polacy to, Białorusini czy też Litwini?  A wydarzenia historyczne – na przykład wielka zwycięska bitwa pod Orszą w 1514 roku, gdzie wojska Wielkiego Księstwa wspomagane przez wojska koronne, pod dowództwem hetmana kniazia Ostrogskiego (Białorusina?) rozgromiły armię moskiewską.  W historiografii polskiej jest to zwycięstwo Rzeczpospolitej,  w litewskiej – pewnie litewskie, w białoruskiej – białoruskie.  Tu mała dygresja: czy poprzez przeniesienie nazwy „Rzeczpospolita” na współczesne państwo polskie wielu z nas nie ma ochoty postawić znaku równości między Rzeczpospolitą tamtych czasów a Polską – zapominając, że to była Rzecz Wspólna wielu narodów?  Ale wracając do rzeczy: narody szukające tożsamości chcą sobie takie wydarzenia przywłaszczyć, chcą mieć wyłączność. Należy to uznać i zrozumieć.  Dobrze, że taka Orsza jest postrzegana przez Białorusinów jako ich sukces w walce przeciw Moskwie, że chcą urządzać rocznicowe obchody na polu bitwy – bo też jest to ich odpowiednik Grunwaldu. Na uznanie polskiego udziału w tym sukcesie przyjdzie czas.

Teraz nastał czas wzajemnego wydzierania sobie wybitnych postaci, zdarzeń, historii, kultury.  Każdy chce mieć jak najwięcej na własność.  Młode narody – młode swoją świeżą emancypacją polityczną, młodą warstwą inteligencji, młodą w narodowych językach tworzoną kulturą – chcą mieć swe korzenie.  Uznanie, że są one wspólne, mocno splecione, nierozdzielne, przynoszące chwałę wszystkim spadkobiercom – przyjdzie później. Ale przyjść musi.

Historia okaleczyła psychikę narodów Europy Środkowo-Wschodniej. Dziś wylizują się z ran zadanych przez wojny, nacjonalizmy, półwieczne panowanie komunizmu.  Muszą wyleczyć się z nabytych kompleksów, urazów, fobii. Powracający do zdrowia potrzebuje spokoju i życzliwości.  Do człowieka obciążonego kompleksami mówić trzeba ze zrozumieniem i sympatią.  Nerwowe reakcje, głosy potępienia lub lekceważenia pogarszają tylko stan rzeczy.  To samo dotyczy całych narodów.  Musimy nauczyć się zrozumienia dla goryczy Litwinów wobec Polaków z Litwy, którzy mieli ją za część Polski.  Musimy uznać, że walka wileńskiej A.K. o odrodzenie Polski w granicach z 1939 roku była z litewskiego punktu widzenia działaniem antylitewskim.  A jednocześnie Litwini powinni uznać, że ich kolaboracja z hitlerowcami nie była najlepszą metodą walki o niepodległą Litwę, z Wilnem jako stolicą. I że przestępstwa w stosunku do ludności cywilnej popełniały w zamęcie wojny obie strony.  A więc potrzebni są z obu stron ludzie, którzy powiedzą:   „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.  Konflikt sprzeczny z interesami obu narodów i państw musi wygasnąć. Jak napisano w akcie Unii Horodelskiej prawie sześćset lat temu: „Wiadomo wszystkim, że nie dostąpi zbawienia, kto nie będzie wspierany tajemnicą miłości, która (-) zwaśnionych godzi, pokłóconych łączy, odmienia nienawiści, uśmierza gniewy i daje wszystkim pokarm pokoju… Ona wśród wszystkich cnót pierwsze miejsce zajmuje, a kto nią wzgardzi, wszelkie dobro utraci”.

Teraz oba narody są członkami innej unii: Unii Europejskiej. To najlepsza droga do pojednania – wspólnota interesów. Właśnie teraz ożywiły się kontakty dyplomatyczne – prezydent Polski odwiedza Litwę, uczestnicząc w obchodach rocznicy jej niepodległości, a premier Litwy odwiedza Polskę, prowadząc rozmowy na temat ściślejszej wzajemnej współpracy. Po raz pierwszy w niepodległej Litwie przedstawiciel litewskiej polonii objął urząd ministra w litewskim rządzie, co świadczy wymownie o złagodzeniu antypolskich urazów. A więc wszystko idzie ku dobremu! Warto realizować to, co zapisali nasi przodkowie w Horodle!

Historia PRL-u

PRL przeszła do historii, ale mimo to ciąży nad współczesnym życiem w Polsce i od czasu do czasu odbija sie czkawką.  Młode pokolenie Polaków często nie orientuje się dobrze w powojennej historii Polski, a starsi pamietają głównie te wydarzenia,  które sami przeżyli. Każdy więc ma trochę inny obraz tamtej rzeczywistości, trudno znaleźć wspólny język, wspólną ocenę zdarzeń i postaw ludzkich. Sprobujmy spojrzeć na tamten okres historyczny z pewnej perspektywy. Nie po to, aby osądzać, lecz po to, by lepiej zrozumieć. Zrozumieć ludzi, którym wypadło żyć w tamtej rzeczywistości. A więc – w pewnym stopniu – zrozumieć samych siebie.

Trzeba zacząć od stwierdzenia, że historia PRL-u nie stanowi monolitu. Można wydzielić kilka różniących się znacznie między sobą okresów, jednak z niezmiennym wspólnym mianownikiem: monopolem władzy w rękach ludzi uzależnionych od Kremla, a umownie zwanych komunistami. Należy więc przyjąć, że narodziny PRL-u miały miejsce w 1944 roku, choć nazwa ta (Polska Republika Ludowa) została oficjalnie przyjęta parę lat później.

Pierwszy okres: 1944-48, to lata bezwzględnej likwidacji wszelkiej opozycji, przy jednoczesnym zachowaniu pozorów demokratycznego państwa. Czy ktoś pamięta, że Bierut, ten oddany całą duszą Stalinowi komunista, formalnie wystąpił z partii po to, aby jako „bezpartyjny” objąć urząd Prezydenta RP – zgodnie z wymogami przedwojennej konstytucji? Że istniało legalnie kilka partii, w tym jedna opozycyjna? Odgrywano ten teatr dla zmylenia społeczeństwa, a także opinii Zachodu. Kim byli wówczas „utrwalacze władzy ludowej”? Oprócz sowieckich agentów, pracujących na rzecz imperialnych interesów ZSRR, byli to zarówno dawni biedacy, obdarowani przez nową władzę, jak i ludzie z kręgów tzw. lewicowej inteligencji, a nawet elity intelektualnej, którzy widzieli w tym co się dzieje wyrównanie społecznych krzywd i realizację szeregu innych szczytnych haseł. Nie oszukujmy się – takich było dużo. Nie tylko rosyjskie bagnety, lecz również nasi rodzimi zapaleńcy przyczynili się w tamtych latach do zwycięstwa systemu, którego skutki trwają do dziś.

Uczestnictwo w tym procesie, aktywne popieranie (słowem lub karabinem) ówczesnych „rewolucyjnych zmian”, miało swój jednoznaczny charakter. I to bez wzgledu na to, czy był to poeta, czy niepiśmienny fornal. Czy robił to dla zysku, czy z głupoty – wierząc w „świetlaną przyszłość” budowaną pod wodzą „Wielkiego Stalina”. Jak oceniać tych ludzi? Zdrajcy? Pomyleńcy? A może ludzie szlachetni, tylko naiwni, którzy uwierzyli w miraż „systemu sprawiedliwości społecznej”?

Wśród trzeźwo myślących przeciwników nowego reżymu odżył wówczas odwieczny dylemat ubezwłasnowolnionych narodów: walczyć o swą suwerenność do upadłego, aż do samounicestwienia, czy pójść na kompromisy? A jeżeli tak, to gdzie są granice, których przekroczyć się nie powinno, za którymi  rozciąga się zdrada narodowych interesów? I co to jest ten narodowy interes? Czy w 1863 roku miał rację margrabia Wielopolski, zdobywający krok po kroku kolejne okruchy autonomii gospodarczej i kulturalnej dla Królestwa Kongresowego, czy też niecierpliwi „czerwoni”, wywołując Powstanie Styczniowe w imię pełnej suwerenności – a w rezultacie osiagając tragiczne straty i likwidację wszelkich śladów autonomii? Legenda o bohaterach? Tak, to czasem też jest potrzebne. W 1914 Legioniści śpiewali: „O ojców grób bagnetów poostrz stal!” Ale w sytuacji pierwszych lat PRL-u legendę o bohaterach już mieliśmy. „Gloria Victis” – Chwała Zwyciężonym! Tym, co wygrywając wojnę, przegrali ją w Jałcie. Legendę Powstania Warszawskiego, Monte Cassino, a także Katynia. Społeczeństwo zmęczone wojną chciało spokoju. Odbudowa zniszczeń stała się życiową potrzebą. Realizacja przedwojennych postulatów społeczno-ekonomicznych takich jak reforma rolna, upaństwowienie wielkiego przemysłu, walka z analfabetyzmem – łagodziła nastroje.

Po likwidacji wszelkiej zorganizowanej opozycji, w latach 1949-56 odrzucono zbędny już kamuflaż, zamknięto szczelnie „żelazną kurtynę”, wprowadzano stopniową rusyfikację. Narastał terror, donosicielstwo było traktowane jako cnota, pomocna w zwalczaniu „wrogów ludu”. Dla opornych, lub tylko podejrzanych, tworzono obozy pracy przymusowej. Liczne procesy polityczne przypominały polowania na czarownice. W sferze gospodarczej zniszczono wszelkie zasady ekonomiczne z prawem wartości na czele, wprowadzając system nakazowo-rozdzielczy. Zniszczono rzemiosło i w znacznym stopniu rolnictwo. (Pod koniec tego okresu pojawiły się kartki na żywność!) Zlikwidowano wszelkie przejawy niezależnego życia społecznego – totalitaryzm partyjno-państwowy osiagnął szczyty. Odbywało się to wszystko przy ostrej polaryzacji postaw: wiadomo było, kto za, a kto przeciw. Mimo zniszczenia aktywnej opozycji, znaczna część społeczeństwa pozostawała w opozycji biernej, licząc na przeczekanie tego szaleństwa, niczym hitlerowskiej okupacji i na pomoc z zewnątrz, z mitycznego Zachodu.

Gdyby wtedy, w 1956 roku zdarzył sie cud i powrociła wolna i demokratyczna Rzeczpospolita, sprawy byłyby proste – dekomunizacja nie stwarzałaby żadnego problemu. Każdy aktywny zwolennik reżymu był jednoznacznym szkodnikiem politycznym, gospodarczym i społecznym, a odsuniecie go od wszelkiej działalności, nie mówiąc już o karze, byłoby czymś naturalnym. Ale cud nie nastapił. Stało się natomiast coś innego: mocarstwa światowe udowodniły wszystkim marzycielom, że istnieje akceptowany przez obie strony podział świata na strefy wpływów, w których każda ze stron może robić co chce. Zachód robił porządki nad Kanałem Suezkim tak samo, jak Moskwa w Budapeszcie. Stłumienie powstania węgierskiego przy pełnej obojętności mocarstw zachodnich uświadomiło wszystkim, że nie ma na co liczyć, że podział świata jest trwały i trzeba się do tego przystosować. Zaoferowane w tym momencie rozluźnienie reżymu, wprowadzenie pozorów państwa prawa, przywrócenie niektórych elementow tradycji i kultury narodowej, zwolnienie więźniów politycznych, rehabilitacja AK-owców, reprywatyzacja wsi, uchylenie „żelaznej kurtyny” – to wszystko ułatwiało pójście na kompromis. Można było uwierzyć, że jest to pierwszy krok na drodze do ewolucyjnej zmiany bolszewickiego systemu w kierunku państwa liberalnego. Że wymiana pokoleniowa na szczytach władzy, jaka nieuchronnie musi nastapić, wyeliminuje starych bolszewickich działaczy i wprowadzi nowych, liberalnych i wykształconych fachowców. Jak płonne to były nadzieje, pokazała przyszłość. Lecz póki co ludzie budowali swoją małą stabilizację, osiagając pierwsze skromne sukcesy materialne w postaci motocykla, syrenki, telewizora. Członkostwo partii przestało być synonimem zdrady narodowej – przynależność do niej umożliwiała awans zawodowy, dawała dostęp do szczebli decyzyjnych, stwarzała iluzję uczestnictwa w procesie liberalizacji systemu, w racjonalizacji decyzji gospodarczych. Ówczesne pokolenie nie miało alternatywy. Ludzie chcieli wierzyć, że ta droga gdzieś prowadzi.

Ten etap zakończył się w roku 1968, kiedy wojska paktu warszawskiego zdławiły wszelkie próby reform w Czechosłowacji, a w Polsce na ulice wyszły po raz pierwszy oddziały ZOMO, dając pokaz swej brutalności. System wchodził w nową jakość: utracił ostatecznie swą ideologiczną atrapę, szukał ratunku w rozbudzeniu nacjonalizmu, w powrocie do represji. Zawiodła nadzieja na ewolucję w kierunku liberalizmu, czy też „socjalizmu z ludzką twarzą”. Wtedy skończył się komunizm jako ustrój oparty na jakiejś ideologii. Przekształcił się on w bezideowy reżym o mafijnym charakterze. Narodził się też nowy typ opozycjonisty: dawny zwolennik komunizmu, który przejrzał i dokonał zwrotu o 180^, wykazując przy tym zdwojoną gorliwość neofity.

Kolejny okres historii PRL-u rozpoczął się w roku 1970. Po krwawym stłumieniu robotniczego buntu na Wybrzeżu, stara skompromitowana ekipa musiała odejść. Nowa ekipa, z Edwardem Gierkiem na czele, nie wracała już do ideologicznego stafażu, lecz postawiła na rozwój gospodarki pod hasłem: „zbudujemy drugą Polskę!” Już nikt nie mowił „o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem”. Zacofanie technologiczne było widoczne dla wszystkich. Sięgnięto więc na Zachód po licencje, po kredyty. I wszystko byłoby dobrze, gdyby zachowano umiar i zdrowy rozsądek. Bo rzeczywiście, pierwsze inwestycje poszły sprawnie – przykładem bielsko-tyska fabryka małego Fiata. Zaciągniety na ten cel kredyt spłacono gotową produkcją. Ale im dalej, tym gorzej. Mnożące się w nieskończoność nowe, coraz to większe inwestycje nie znajdowały pokrycia w potencjale wykonawczym i materiałowym. Coraz częściej czegoś brakowało: a to rur, a to kabli, a to opon – w końcu brakowało już wszystkiego, oprócz złotówek: te zawsze można było dopisać do i tak fikcyjnych planów i budżetów. Terminy ukończenia poszczególnych obiektów przesuwano z roku na rok, sprowadzone maszyny i konstrukcje leżały w błocie czekając na fundamenty, których nie można było na czas wykonać z powodu tysięcznych trudności. Gdy wreszcie część fabryk ruszyła, ich produkty popłynęły na Wschód, a nie na Zachód. Za ruble transferowe, a nie za dolary. Takie warunki transakcji narzucali „radzieccy towarzysze”.  Niezależnie jednak od przyczyn, skutek byl jeden: zaciągniętych kredytów nie było czym spłacać.

Mimo to na najwyższych szczeblach decyzyjnych prześcigano się w pomysłach, gdzie i od kogo jaką jeszcze licencję kupić. Mnożyły się wyjazdy za granicę z coraz liczniejszym udziałem „prominentów” zamiast fachowców. Coraz większe kwoty wpływały na prywatne konta w zagranicznych bankach za podpisywanie wątpliwej jakości, niemożliwych do zrealizowania kontraktów. Była to lawina, której nikt nie potrafił, a może i nie chciał zatrzymać.

Jednocześnie na rynku wewnętrznym ogromne i coraz większe pieniądze wypłacano załogom niekończących się inwestycji. Pieniądz bez pokrycia zalewał rynek, bo przecież produkcja dóbr konsumpcyjnych nie rosła. Regulowane przez państwo ceny nie mogły wyrównać popytu i podaży – więc nadmiar pieniądza ujawnił się w ogołoceniu rynku z wszystkiego, co tylko dało się kupić. Niewydolność centralnie sterowanej, państwowej gospodarki doszła do dna.

W tym okresie w kręgach partyjnych chęć posiadania przestała być wyróżnikiem „wroga klasowego”. Wręcz przeciwnie, kolejna ekipa władzy promowała idee, że ludziom którzy decyduja o życiu politycznym i gospodarczym kraju należą się coraz większe przywileje. Prywatna przedsiębiorczość też przestała być naganna ideologicznie – zaczęły powstawać coraz silniejsze związki między tą sferą a aparatem partyjnym. Jedni mieli pieniądze, drudzy możliwość szafowania przywilejami – co razem świetnie się uzupelniało.

Wtedy również ukształtowaly się struktury mafijne, mające wielki wpływ na życie kraju i jego obywateli. Pozostawały one poza wszelką kontrolą, a miały na celu – jak każda mafia – zagarnięcie dla siebie jak największej ilości wszelkich dóbr. Grupę tę tworzyli wyżsi funkcjonariusze etatowego aparatu partyjnego, związani z nimi przeróżnymi układami wysocy urzędnicy administracji, gospodarki, sądownictwa, nauki – a wszystko pod czułą opieką odpowiednich tajnych służb „aparatu bezpieczeństwa”. Tworzyły się grupy terytorialne, często konkurujące ze sobą o przechwycenie lepszych kąsków, lecz unikajace otwartych konfliktów. Korzyści osobiste były nie do pogardzenia: wille i dyplomy wyższych uczelni, paszporty dyplomatyczne (zwalniające z kontroli celnej) i miejsca dla swych pociech na wybranych kierunkach studiów, posady na placówkach zagranicznych, całe pakiety darmowych usług i dostaw, talony na wszystkie brakujące dobra itd. Mafia wydawała polecenia ustnie, bez pozostawiania śladów na papierze. Adresaci tych poleceń, zajmujący różne „nomenklaturowe” stanowiska, musieli je wykonywać pod groźbą utraty pozycji zawodowej, przywilejów, a także w obawie przed możliwymi szykanami.

Przypomnijmy w tym miejscu, co to była „nomenklatura”. Otóż każde kierownicze stanowisko znajdowało się, jak mówiono w ówczesnym żargonie partyjnym, „w nomenklaturze” odpowiedniego komitetu. Człowiek, który kandydował na jakąkolwiek kierowniczą pozycję, musiał uzyskać tzw. „rekomendację” partyjną. Oczywiście odbywało się to najczęściej bez jego wiedzy. W ten sposób każdy stojący powyżej szeregowego pracownika we wszechogarniającym systemie państwowej gospodarki i administracji był człowiekiem „nomenklatury”. Obejmowało to setki tysięcy ludzi, w większości fachowców, którzy osiągnęli jakikolwiek stopień „kierownictwa”. Przekonanie, że partia obsadzała te pozycje tylko „swoimi” ludźmi, mija się z prawdą. Po prostu partia (mafia) tylu „swoich” nie miała. Wystarczało, że był to człowiek który się w jakiś jaskrawy sposób nie naraził. W praktyce po roku 1970 dla zdecydowanej większości niższych i średnich stanowisk aprobata partyjna była czystą formalnościa. Im wyżej, tym częściej zdarzały się interwencje. I nie chodziło tu o żadną ideologię, tylko o tak zwaną „dyspozycyjność”. Kandydat na, powiedzmy, dyrektora przedsiębiorstwa musiał być „dyspozycyjny” – to znaczy gotowy do wypełnienia wszelkich poleceń. „Wiecie, towarzyszu, my tu w Komitecie potrzebujemy…” Ktoś, kto się sprzeciwił, nie mógł być naczelnym.

Specyficzna sytuacja panowała w instytucjach związanych z działalnością zagraniczną, taką jak dyplomacja lub handel. Tam możliwość dewizowych zarobków i wyjazdów na placówki stanowiła tak silny magnes, że „nomenklaturowy” mechanizm musiał pracować ze zdwojoną energią, forując ludzi związanych z „aparatem”.

Świat fikcji i absurdu narastał. Utrzymywanie nierealistycznej wartości pieniądza, stworzenie podwójnego rynku: dolarowego i złotówkowego, niewspółmierność zarobków za jakąkolwiek pracę za granicą w stosunku do wynagrodzeń krajowych (pod koniec lat 70-tych dobra pensja miesięczna stanowiła równowartość 20 USD) – to wszystko tworzyło w społeczeństwie poczucie, że obywatele są okradani przez państwo ze znacznej części należnych im wynagrodzeń za pracę. (Państwo udaje że płaci, my udajemy że pracujemy). Od tego już tylko krok do usankcjonowania kradzieży mienia państwowego jako formy „odebrania sobie” tego co się należy. Do takiego procederu zachęcał jeszcze fakt, że na wysokich szczeblach władzy też wszyscy czuli się upoważnieni do czerpania z „państwowego” (patrz „mafia”). Jeżeli w ramach wielkiej inwestycji przemysłowej wybudowano „pałac partii” w Katowicach, a w ramach budowy tras komunikacyjnych wille dla miejscowych dygnitarzy – to kto mógł zabronić wykonawcom tych poleceń uszczknięcia czegoś i dla siebie? Przecież i tak trzeba było fałszować rozliczenia na rozkaz władz! A jeżeli dyrektor firmy budowlanej kazał wozić część materiałów również i na swoją działkę, to kto mógł zabronić majstrowi wywieźć z budowy tonę cementu dla swoich potrzeb? A jeżeli tak, to kto zwrócił uwagę kierowcy, który systematycznie kradł benzynę?

Złodziejstwo stało się powszechnie usankcjonowanym procederem. Kto nie miał dostępu do dóbr materialnych możliwych do „wyniesienia”, ten brał jakąś formę łapówki za swoje czynności urzędnicze – lub za ich zaniechanie (przymykanie oka na złodziejstwo innych). Powszechne było korzystanie z kradzionych towarów i usług. Ludzie, którzy zachowali jeszcze resztki moralności traktowani byli jako „głupi-naiwni”. W skali społecznej przestało istnieć pojęcie „uczciwość”. Nikt nikomu nie wierzył, że ma „czyste ręce”. Pogląd że ktoś, kto pełni jakiś urząd, wykorzystuje go głównie w celu okradania współobywateli, zakorzenił się głęboko.

Ten teatr absurdu doprowadził do powstania „Solidarności” jako masowego buntu przeciw złodziejstwu, arogancji i bezkarności władzy. Rok 1980 odsłonił nieco kurtynę, władcy musieli rzucić na pożarcie kilku towarzyszy i lepiej zamaskować działalność pozostałych. Jednak w świadomości społecznej zmieniło się niewiele. Społeczeństwo, rozbite ponownie przez „stan wojenny”, utrwalało w sobie negatywne cechy: brak zaufania do jakiejkolwiek władzy, cwaniactwo, skłonność do omijania przepisów, mrzonki o łatwych i ogromnych zarobkach na Zachodzie (przecież 100 dolarów ciągle jeszcze w tamtych czasach stanowiło w Polsce majątek), przy jednoczesnym głębokim przekonaniu, że „państwo” ma obowiązek dawać mieszkania, wypoczynek, kulturę, oświatę, komunikację etc. praktycznie za darmo (to były te „zdobycze socjalne” komunizmu), nie mówiąc już o zapewnieniu pełnego zatrudnienia – i to za znacznie wyższe wynagrodzenie.

Musimy pamiętać, że społeczeństwo polskie weszło w nową epokę z całym tym bagażem. Dlatego nie dziwmy się, gdy słyszymy o rozczarowaniu tych, których dotknęło bezrobocie. O zaskoczeniu, że mieszkania drogo kosztują. O podejrzewaniu wszystkich o nieuczciwość. O zabiegach dawnych towarzyszy mafijnych pragnących utrzymać i powiększyć swoje dochody w nowych, kapitalistycznych warunkach. O zaskoczeniu, że 100 dolarów to żaden majątek. Że nie wystarczy produkować, lecz jeszcze trzeba sprzedać ten produkt – w ostrej konkurencji z innymi. A do tego wszystkiego jeszcze płacić podatki!

Myślę, że w Polsce bardzo szybko ludzie uczą się tego abecadła. Jednak przebudowa świadomości społecznej zawsze trwa długo – znacznie dłużej, niż przebudowa gospodarki. Dlatego musimy wykazać wiele zrozumienia dla naszych rodaków w ich procesie rekonwalescencji po ciężkiej chorobie, jaką był system „realnego socjalizmu” w czasach PRL-u. Pomóżmy im przez okazywanie życzliwości, unikanie drażniącej kpiny, czy pogardliwego lekceważenia. Pamiętajmy, że wielu z nas – świeżej daty Kanadyjczyków – też nosi w sobie wirusa tej choroby.

Napoleon

Napoleon

W poprzednim odcinku pisałem o tym, że każdy naród (czy państwo) tworzy swoją własną historiografię, czasem daleko odbiegająca od historycznej prawdy. Teraz chciałbym pokazać na przykładzie Napoleona, jak można różnie przedstawiać te same wydarzenia.

Otóż w kanadyjskich szkołach, zgodnie z historiografią anglosaską, uczą się nasze dzieci że Napoleon to taki niemalże drugi Hitler, który dla własnej niezaspokojonej pychy i żądzy władzy chciał podbić całą Europę – a bohaterska Anglia niezłomnie przeciwstawiała się tyranowi, broniąc praw i wolności uciemiężonych narodów Europy. W tym kontekście sojusz Polaków z Napoleonem jawi nam się jako coś absurdalnego, wręcz wstydliwego. Jakże to nasi przodkowie mogli z takim zapałem pomagać tyranowi w podboju innych narodów? Przecież to wstyd i hańba dla nas, a jaka chwała dla dzielnej, sprawiedliwej, broniącej wolności narodów – Anglii.

Tymczasem w historiografii polskiej ten problem wygląda zgoła inaczej. Zacznijmy od tego, że w XVIII-wiecznej Europie panowały prawie wyłącznie dziedziczne rody monarsze. Ówcześni monarchowie byli tak skoligaceni ze sobą, że tworzyli praktycznie jedną rodzinę. W listach do siebie używali zwrotu „mon cousin” (mój kuzynie), co nie było dalekie od prawdy. W pierwszej linii były to rody Habsburgów, Bourbonów, Hohenzollernów, Romanowych, w drugiej linii szereg pomniejszych rodów, w tym sascy Wittingowie, znani również w Polsce („A za króla Sasa…”). W interesie ich wszystkich leżało przyjęcie i egzekwowanie zasady, że legitymizm władzy opiera się wyłącznie na dziedziczności tronu. I tak na przykład kraj rządzony przez „jakiegoś tam” Poniatowskiego, nawet nie spokrewnionego z żadnym z rodów panujących, był po prostu krajem bezpańskim. Wiedzieli o tym twórcy konstytucji 3-go Maja, wstawiając tam zapis o dziedziczności polskiego tronu – i to nie dla Poniatowskich, lecz dla saskiej dynastii Wittingów. Więc sąsiedni monarchowie musieli pospieszyć się z dokończeniem podziału „bezpańskiej” Rzeczypospolitej, zanim Konstytucja mogłaby wejść w życie. Wtedy bowiem likwidacja państwa, w którym panuje dynastia byłaby sprzeczna z zasadą niepodważalności władzy dynastycznej – zasada, ktora była fundamentem władzy wszystkich ówczesnych monarchów.

Tymczasem we Francji stało się coś strasznego: odebrano nie tylko władze, ale również i głowy Bourbonowi i jego małżonce, Habsburżance! Wszyscy „kuzynowie”, od Wiednia po Londyn i od Madrytu po Moskwę przysięgli zemstę. W interesie wszystkich rodów monarszych było pokazać Francji, własnym poddanym i całej Europie, że nie można bezkarnie naruszać ustalonego porządku, podosić ręki na „jedynie legalną” władzę. Dlatego, jeszcze na długo przed objęciem władzy we Francji przez Napoleona, został wydany wyrok: Rewolucja musi być zdławiona, królobójcy ukarani, a Bourbonowie przywróceni na tron! I niezwłocznie armie sprzymierzonych monarchów ruszyły ku granicom Francji. Zaczęła się bezwzględna wojna, która z małymi przerwami na uzupełnianie strat, trwała ponad 20 lat. I to nie Napoleon był tej wojny przyczyną. To koalicja monarchów, z Anglią i Rosją na czele, była stroną agresywną. Było to polowanie z nagonką na niedźwiedzia. A że niedźwiedź był silny i bystry, to i polowanie było długie i krwawe. Niedźwiedź szarpał napadające go sfory, wyprzedzał ciosy, czasem zapędził się za daleko za właściwymi myśliwymi. A ci wysyłali średnio co dwa lata nowe nagonki. Tyle czasu trzeba bylo wówczas na spędzenie nowych rekrutów i wyekwipowanie ich za angielskie pieniądze.

Przypomnijmy sobie: pierwsza koalicja przeciw rewolucyjnej Francji to lata 1792-97. Druga koalicja to lata 1799-1801. (Napoleon objął władzę w końcu 1799, w chwili gdy Francja była bliska klęski). Trzecia koalicja to lata 1805-07, czwarta – 1809. W każdym z tych przypadków stroną atakujacą były armie koalicyjne, głównie austriackie i rosyjskie. Jeżeli w wyniku tych wojen Napoleon znalazł się w Wiedniu, Berlinie czy Tylży – to tylko w pościgu za swoimi prześladowcami.

Z polskiego punktu widzenia sojusz z Napoleonem był wtedy jedyną szansą na odzyskanie własnej państwowości. Nie było innej alternatywy. Polacy walczyli wówczas o swoją wolność, o swoje państwo. To był cel strategiczny. Każda wojna obfituje co prawda w momenty tragiczne, epizody „niechciane” – jak choćby udział polskich pułków w wojnie z Hiszpanami – jednak główny wysiłek polskiego żołnierza skierowany był bezpośrednio przeciwko zaborcom: w 1807 przeciw Prusom i Rosji, w 1809 przeciw Austrii, w 1812 przeciw Rosji.

O co walczyła koalicja antynapoleońska ujawniło się ostatecznie na Kongresie Wiedeńskim, gdzie zwycięzcy na nowo dzielili między siebie Europę. To była taka ówczesna Jałta. Ale to nie wszystko. Najważniejszą politycznie decyzją było ustanowienie „Świętego Przymierza” – przymierza monarchów przeciw jakimkolwiek ruchom narodowym lub społecznym. „Święte Przymierze”, którego głównym gwarantem był car rosyjski, stało się łańcuchem zniewalającym narody Europy na blisko pół wieku. Jego praktyczne skutki w najostrzejszej formie wystapiły w czasie „Wiosny Ludów”, gdy armie rosyjskie udzieliły „bratniej pomocy” Habsburgom, topiąc we krwi powstanie węgierskie 1848. „Poznać drzewo po owocach jego!”

Mówią, że Napoleon był dyktatorem. Oczywiście tak. Lecz któryż ze zwalczających go monarchów dyktatorem nie był? Przecież była to epoka „Oświeconego Absolutyzmu”. Ale spójrzmy też od innej strony: w armiach ówczesnej Europy obowiązywała dyscyplina kija. (nie bez powodu angielscy oficerowie nosili laseczki jako atrybut swej władzy). Żołnierz miał się bardziej bać swego dowódcy, niż nieprzyjaciela. Wszędzie, ale nie w armiach napoleońskich. Tam każdy żołnierz był wolnym obywatelem, kar cielesnych nie było, każdy miał prawo do awansu – bez względu na swe pochodzenie. Przez tą szkołę przewinęły się setki tysięcy ludzi. Kto przeżył, wracał do swej wsi czy miasteczka i mówił: „ludzie, my przecież mamy prawo być wolnymi obywatelami!” Było to ogromne przeoranie ludzkiej świadomości. Legenda napoleońska przetrwała wśród uciemiężonych ludów Europy przez następne dziesięciolecia, owocując kolejnymi rewolucjami w imię wolności i praw człowieka. Więc znów: „po owocach poznacie…”

No wiec jak? Mamy się wstydzić za naszych przodków?

Spotkania z Historią

 

            Pragnę Państwa zaprosić na wspólne spotkania z Historią. Już widzę, jak niektórzy Czytelnicy wzruszają ramionami, mówiąc: „co mi tam jakieś stare opowieści! Trzeba budować dla siebie lepszą przyszlość, a nie oglądać się wstecz”. Jednak chciałbym przekonać tych z pośród Państwa, którzy tak myślą, że historia nie jest oddzielona od teraźniejszości ani od przyszłości żadną granicą. To, co dzieje się dzisiaj, jutro będzie już historią – a jednocześnie wynika z tego, co zdarzyło się wczoraj.

            Każdy człowiek ma swoją własną historię. Został ukształtowany przez geny odziedziczone po swoich przodkach, przez wychowanie, przez wszystkie przygody swojego życia. Jego współczesność w dużym stopniu wynika z jego przeszłości. Ale zauważmy: nie tylko ważne jest to, co naprawdę zdarzyło się w naszym życiu – ważniejsze jest, co z tego utkwiło w naszej pamięci. To się nazywa „świadomością historyczną”, czasem niezbyt zgodną z faktami.

            To wszystko odnosi się również do całych społeczeństw, czy narodów. Ale ta narodowa historia jest również jakąś cząstką naszej osobistej, siedzi w naszej podświadomości, stymuluje nasze zachowania. Dlatego dobrze jest coś o niej wiedzieć.

            Historia jest jedna – są to bowiem obiektywne fakty, które wydarzyły się w przeszłości. Różna może być natomiast nasza znajomość tych faktów, różna ich selekcja, różna interpretacja.

Każdy człowiek, a również każdy naród, ma tendencję do egocentrycznego spojrzenia na przeszłość. Pamiętamy o swych sukcesach,  staramy się zapomnieć o rzeczach wstydliwych, o tym, że komuś wyrządziliśmy krzywdę. Bardzo łatwo rozgrzeszamy się z naszych win, a surowo osądzamy innych.

            W ten sposób powstaje historiografia – czyli opis historii, tworzony przez ustny przekaz tradycji, przez nauczanie w szkołach, przez literaturę i publicystykę, wreszcie przez prace profesjonalistów. I tu zaczyna się kołomyjka: każdy naród tworzy własną historiografię, czasem zupełnie nie przystająca do rzeczywistości. Zauważmy, że inna jest historiografia polska, inna niemiecka, jeszcze inna rosyjska czy ukraińska. Również inna jest anglosaska.

            Sposób opisania i nauki historii ma ogromny wpływ na wzajemne stosunki między narodami. Wytwarza pewne stereotypy, sympatie i antypatie, czasem wręcz nienawiść. Dlatego wiele narodów europejskich uznało, że jednym z podstawowych warunków dobrego współżycia jest obiektywne nauczanie historii.

            Wydaje mi się, że i nasze samopoczucie tu, w Kanadzie, pomiędzy wieloma innymi nacjami, może zależeć w jakimś stopniu od tego, jak widzimy nasz historyczny „background”. Starajmy się więc i my obiektywnie spojrzeć na historię. Nie dajmy się poniżać, ale i nie wywyższajmy się nad innych. Czujmy się równorzędni z otoczeniem, nie wpadajmy w kompleksy niższości – a czasem może wyższości?

            I temu właśnie celowi ma służyć ten blog!